Zamerdać psem 2010-02-09 19:42:57

Jak ewolucja sprawiła, że to w istocie ogon kręci psem, pokazał w 2007 roku włoski neurobiolog Giorgio Vallortigara i zaproszeni przez niego do współpracy weterynarze z Uniwersytetu w Baro, którym udało się wykazać, że psy merdają bardziej w prawo, gdy są zadowolone, a w lewo, kiedy kierują nimi negatywne emocje.
Michael Shermer Rynkowy umysł, tłum. Anna E. Eichler i Piotr J. Szwajcer, CIS 2009

---
1) Powiedz mi jak merdasz, a powiem ci co o mnie myślisz? E… Bobik tu nie zagląda, nie mam na kogo w tej mierze liczyć…
2) Jakoś od wczoraj wciąż wpadam na merdanie, czy jak kto woli kiwaniu ogonem. Rano, w artykule czytam o wpływie polityków na banki, że to tak: jakby ogon merdał psem (swoją drogą, akurat Michael Shermer odwołał się do tego samego wyrażenia, w zupełnie innym sensie), wczoraj w książce zaś pytanie retoryczne: jeśli wąż chce pokiwać swoim ogonem, to skąd ma zacząć? Aż brak osobistego doświadczenia w temacie merdania staje się krępujący…
3) Mam złą wiadomość dla Hoko -- podobnych badań nie tylko nie przeprowadzono dla kotów, ale na dokładkę autor twierdzi, że koty są wyjątkowo aspołecznym gatunkiem, nie to co ludzie, psy, szympansy, czy lwy. (Ale autor na kotach też się nie zna, tylko na rowerach i szczurach, dodam na pocieszenie dla wszystkich miośników kotów.)
4) Na wezwanie do zamieszczania morału nie odpowiadam. No bo i jakiż tu morał? Obok cały las morałów wyrósł autorowi – kto chce, może sprawdzić, bo to akurat rozdział Rynkowego umysłu od prawienia morałów – ale właśnie -- obok. Akurat nie na ogonie. Trudno...

skomentuj (0)

Drobiazgi -- c.d. 2010-02-06 18:15:02

Relacji pociągowej ciąg dalszy – we wtorek okazało się, że część (znaczna) pociągów na mojej trasie do/z pracy została odwołana. Pozostałe… w środę bodajże miałem się nieprzyjemność przekonać, że nie kursują idealnie. (Inna rzecz, że ma się poczucie szczęścia w nieszczęściu, gdy własny, spóźniony pociąg wyprzedza dwa inne, wcześniej odjeżdżające, które utknęły na zablokowanym torze. Mogło być gorzej, o czym mieli nieszczęście się przekonać pasażerowie tamtych dwóch pociągów, wyglądający zdezorientowani przez okna.)

(Odwołanie jest czasowe – powinno trwać do końca najbliższego tygodnia. Słowem: Walentynki dniem miłości kolei do pasażerów!)

***

Zainspirowany przez Basię przeglądałem różne papierzyska, umowy i znalazłem coś takiego:

Suma ubezpieczenia z tytułu dożycia.
Suma ubezpieczenia z tytułu śmierci.

No cóż, jak dotąd ryzykuję dożycie… Czego i Wam życzę!
(A zwłaszcza, ze złośliwą satysfakcją, życzę swego dożycia ubezpieczycielowi, bo nie dość, że wtedy pieniądze wydam sam, to jeszcze wypłaci ich więcej niż w wypadku śmierci. Grzech obchodzenia podatku Belki na to zasługuje, nieprawdaż?)

***

W środę przechodziłem koło sklepu, na którym pisało: „Sklep kolekcjonerski”. Jako kolekcjoner (raz tego, raz czegoś innego), wciąż z kolekcjonowania niewyleczony (choć chyba mam aktualnie jakąś remisję tej choroby, bo poza „Czarną serią”, czyli muzyką Fryderyka Chopina na dawnych fortepianach wydawaną przez NIFC niczego w tym roku jeszcze nie kolekcjonowałem), chciałem już wejść i zapytać, co można w nim kolekcjonować. A potem sobie przypomniałem… I zrobiło mi się głupio…

***

Gramophone (numer styczniowy z bieżącego roku): Zestawiłaś go [PAK: Koncert skrzypcowy Dvoraka] na swoim nowym nagraniu z Szymanowskim. Wydaje się to rodzaj dzieła, które wygrywa nagrody, ale nie zajmuje dobrego miejsca w repertuarze. Dlaczego tak jest?
Arabella Steinbacher: Ponieważ partia skrzypcowa jest zwykle tak wysoko i wymaga gry ukazującej różnorodne barwy. Można tak wiele wydobyć z tej muzyki, ale w sali koncertowej, niestety nie wychodzi to tak dobrze. Orkiestracja też jest zwykle bardzo tak bogata, że trudno jej słuchać na sali. W przypadku nagrania, z drugiej strony, możesz robić co tylko zechcesz, ponieważ mikrofony są blisko *.

Arabellę Steinbacher wynotowałem, bo przypomniał mi ją wczorajszy koncert. Co prawda to nie był Szymanowski, a Koncert na altówkę Sir Williama Waltona, oraz III Symfonia Sergieja Rachmaninowa, ale też miałem wrażenie, że trochę za dużo instrumentów gra w tak małej sali (że się tak eufemistycznie wyrażę), przez co umyka mym uszom wiele uroków tych dzieł.

***

Nie wspomnę tu o przydatności przynajmniej podstawowych wiadomosci z logiki i metodyki badań naukowych, aby nie odstraszyć ewentualnych kandydatów na studia archeologiczne, którym ta książka wpadłaby w ręce.
Jan Dąbrowski Polska przed trzema tysiącami lat, Trio 2009

(Cicho-sza! Bez archeologów nikt nam nie wybuduje autostrad!)

---
*) Gramophone: You’ve paired it on your new recording with the Szymanowski. That seems to be the sort of work that often wins awards but still doesn’t hold prime place in the repertoire. Why is that?
Arabella Steinbacher: Because the violin part is very often really high and yet it needs to be played with a lot of different colours. You can make so much out of this music but on stage in a concert hall unfortunately it doesn’t come over so well. The orchestration is also often quite thick so it can be difficult to be heard in the hall. In a recording, on the other hand, you can do anything because the microphone is so close.

skomentuj (3)

Dlaczego lepiej teraz niż później (nawet jeśli później byłoby jeszcze lepiej) 2010-02-04 19:22:20

Pojawia się oczywiście pytanie, dlaczego taki efekt czasowy w ogóle istnieje. Tu znów odpowiedzi dostarcza nam nasza ewolucyjna historia. Dla naszych przodków przyszłość była tym bardziej niepewna, im odleglejsza, i takie myślenie zostało nam do dziś. Kto wie, co się stanie za tydzień, lepiej więc brać, co dają, i nie ryzykować, że później nie dostaniemy nic. Z drugiej strony badania nad przedstawicielami różnych gatunków wykazały pewną ciekawą i stałą zależność -- zdolność do przedkładania przyszłych, większych korzyści nad niewielkie natychmiastowe wyraźnie zwiększa się wraz ze wzrostem objętości kory mózgowej. I tak u szczurów i gołębi zdolność do odraczania gratyfikacji rozwinięta jest w minimalnym stopniu, u psów ten przedział czasowy nieco rośnie, u naczelnych jest jeszcze większy. U wszystkich tych gatunków mierzymy ją w sekundach, a co najwyżej w minutach, natomiast ludzie potrafią myśleć w kategoriach gratyfikacji odłożonej nawet o lata. Nic dziwnego -- żeby poradzić sobie z emocjonalnym impulsem niezbędna jest umiejętność racjonalnego myślenia, a do tego potrzeba sporo kory. Potwierdzają to badania chorych z uszkodzeniami mózgu (wskutek udaru lub urazów) -- zniszczenie kory przedczołowej objawia się impulsywnością w działaniu i niezdolnością do planowania przyszłości. Michael Shermer Rynkowy umysł, tłum. Anna E. Eichler i Piotr J. Szwajcer, CIS 2009

---
Na marginesie tylko dodam, że nie wiem, czy umieściłbym ten fragment na blogu, gdyby ktoś nie klarował mi nie tak dawno, że wszyscy postępujemy samolubnie; że decyzja o tym, czy będziemy w domu oglądać w fotelu telewizję popijając piwo, czy też pójdziemy pomóc komuś, kto nas o pomoc prosi jest decyzją egoistyczną, bo za każdym razem wybieramy to, co daje nam więcej satysfakcji, ergo -- nie ma między nimi moralnej różnicy. A ja próbowałem przekonać, że nawet jeśli zupełnie czystych intencji nie ma, to różnica jest kolosalna, a zaczyna się już w dalekowzroczności spojrzenia na własne czyny.
(Ale nie będę mędrkować, skoro sam czasem takim impulsom ulegam. I nie usprawiedliwia mnie, że nad podkreśleniem impulsywnego podejmowania decyzji pracują liczni spece od marketingu.)
---

I zupełnie prywatnie dodaję -- ostatnie zdanie z cytowanego akapitu potwierdzam z prywatnej obserwacji. Osobiście widziałem, co potrafił zrobić wylew... Paradoksalnie, osoba po wylewie, nie mająca za grosz cierpliwości, bezwolna wobec impulsów, potrafiła sobie zdawać sprawę z własnego problemu. Ale świadomość absolutnie nie mogła go przezwyciężyć.

PS. Jeśli komuś mało aktualności, a spór z 'egoistą' wydaje się egzotyczny i dziecinny (przynajmniej ja osobiście tę postawę odbieram jako bardzo dziecinną, a człowiek już formalnie dorosły...), to wskazuje na jeszcze jedną aktualność -- wczorajszy wywiad z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem w Poranku Radia TOK FM.

skomentuj (4)

Nader uproszczone uczucia 2010-02-02 19:31:10

Hitler miał ten wielki plus, że wywoływał nader uproszczone uczucia, owo ani chwili nie wątpiące „nie”, ową czystą, śmiertelną nienawiść. I lata walki przeciwko niemu były pod względem moralnym okresem bardzo dobrym.
Tomasz Mann

skomentuj (4)

Drobiazgi 2010-01-29 15:22:51

Jeszcze raz dziękuję Beacie za życzenia dobrych dojazdów – życzenia w znacznej mierze się spełniły, ale nie w 100%... A to znowu, ktoś kradł trakcję, a to śnieg padał…

Swoją drogą, te kradzieże trakcji przyprawiły mnie o zły humor i niezbyt dobrą refleksję (nie po raz pierwszy), że będąc tak na Śląsku dumnymi z solidności, etyki pracy, a często także oddania Bogu i rodzinie, jesteśmy dumni na wyrost. Kradzieże trakcji, węgla, agresywni pseudokibice… Rozumiem, że to nie tylko u nas się dzieje, ale dzieje się u nas jakoś często… Choćby te kradzieże trakcji raz na dwa tygodnie na trasie moich dojazdów.

Tymczasem duma przejawia się w czymś innym niż zakasaniu rękawów – moja lokalna stacja kolejowa usunęła Sosnowiec z listy stacji docelowych. Teraz, jeśli ktoś chce znaleźć pociąg do Sosnowca na rozkładzie, powinien szukać pociągu do Zawiercia, Częstochowy, lub do Katowic z ‘gwiazdką’. Gwiazdka, mała i opisana w rozkładowych przypisach, oznacza właśnie pociąg do Sosnowca Głównego (ale nie dalej…).

Ale nie tylko na lokalną niesolidność mogę ponarzekać – znalazłem je także w polskim tłumaczeniu Oswajania nieskończoności Iana Stewarta (historii matematyki) autorstwa Bogumiła Bienioka i Ewy L. Łokas, a wydanym przez Prószyńskiego i Spółkę. Właściwie to nie wiem, gdzie geograficznie tę niesolidność lokować, nawet jeśli Ziemia jawi się w tej pozycji jakaś mała:

W rzeczywistości kula [PAK: Ziemia] jest lekko spłaszczona: obwód równika wynosi 12 756 km, natomiast obwód mierzony przez bieguny jest równy 12 714 km.

To strona 162, a na tronie 201 w ramce opisano system kodowania, określając go systemem szyfrowania. Może to dla tłumaczy to samo? Ale zastanawia mnie też co innego – jak dotąd (strona 203) – tematy są mi mniej lub bardziej znane (nie w ujęciu historycznym, co prawda), a przynajmniej powinny być znane, bo prawie o tym wszystkim się uczyłem. Ale już od dobrych kilkudziesięciu stron tematyka sięga materiału, który poznawałem na studiach. Nie dość, że już wietrzejącego z mojej głowy, to jeszcze zmuszającego do zapytania, dla kogo ta książka jest? I szerzej – czy da się napisać przystępną historię matematyki?

A teraz, dla odpoczynku – kilka zdjęć – Szyb Elżbiety w Chorzowie:



Tak, tak, kopalniany szyb – miał dostarczać powietrze do kopalni.



Zbudowany w latach 1913-1914. Nie potrafię znaleźć imienia architekta… Nazwisko brzmiało: Tschentscher.



Obecnie to miejsce służy nie tyle dotlenianiu pokładów kopalnianych, co różnym imprezom – można je wynająć na studniówkę, czy wesele.

Pozostaje mi życzyć wszystkim udanego weekendu. Będzie śnieżny, to już wiadomo. Właśnie się złapałem na zgodności domowego kalendarza z pogodą za oknem. Jeśli sądzić zaś po moim kalendarzu, luty będzie wciąż zimowy, choć temperatury będą często dodatnie, nawet w marcu śnieg nie zniknie zupełnie, ale za to kwiecień będziemy mieli kwietny. Czego wszystkim (obok zachwycania się realem) życzę!

PS.
Domowy mówiący zegarek zaczyna naśladować wymowę premiera Donalda Tuska… Czy to coś znaczy?

skomentuj (4)

Przyjaźń między epokami 2010-01-26 20:25:52

Francesco pozdrawia swego Cycerona. Twoje listy długo i gorliwie poszukiwanie, a znalezione tam, gdzie się najmniej ich spodziewałem, przeczytałem chciwie. Usłyszałem, jak wiele mówisz, jak wiele opłakujesz, na jak wiele rzeczy zmieniasz pogląd, Marku Tuliuszu. Już przedtem wiedziałem, jakim byłeś nauczyciele dla innych, ale dopiero teraz pojąłem, jakim byłeś dla siebie. Z kolei więc ty, gdziekolwiek jesteś, posłuchaj nie rady, lecz z prawdziwej miłości pochodzącego lamentu, jaki nie bez łez wypowiada jeden z potomnych, bez miary rozmiłowany w tobie. O niespokojny stale i zatroskany, czy raczej, abyś rozpoznał swoje własne słowa, «porywczy i nieszczęsny starcze», cóż ty chciałeś osiągnąć tyloma sporami i bezużytecznymi zabiegami? Gdzież się podział spokój godny twoich lat, profesji i fortuny? Jakaż to złuda chwały wplątała starca w boje młodzieńców i poniewieranego wszelkimi przygodami powlokła wreszcie na śmierć niegodną filozofa? Ach, niepomny rad brata i twoich własnych zbawiennych pouczeń, byłeś jak ten nocny wędrowiec, który, niosąc w ciemności światło, pokazuje drogę idącym za nimi, a sam fatalnie potyka się i upada.
Pomijam Dionizjusza, pomijam brata twego i wnuka, pomijam nawet Dolabellę, którego to pod niebo wynosisz pochwałami, to niespodziewanymi zniewagami szarpiesz. To jeszcze może dałoby się znieść. Zostawiam samego też Juliusza Cezara, którego dobrze znana łaskawość była przystanią dla wszystkich napastników. Nie powiem nic o wielkim Pompejuszu, u którego mogłeś prawem przyjaźni wszystko uzyskać. Ale jakież to szaleństwo rzuciło cię przeciw Antoniuszowi? No tak, miłość do republiki. A przecież wiedziałeś, że ona od posad się wali. Jeśli zaś wiodła cię czysta wiara, samo umiłowanie wolności, to skąd taka twoja zażyłość z Augustem? Cóż powiedziałbyś Brutusowi? On rzekł: «Jeśli ci podoba się z Oktawian, można by pomyśleć, że ty nie pragnąłeś uniknąć pana, lecz jeno chciałeś znaleźć pana bardziej przyjaznego». Jeszcze tego ci brakowało, nieszczęśniku, jeszcze to zrobiłeś u kresu, iż tak obraziłeś, kogo przedtem wychwaliłeś, iż on tobie, nie mówię, że źle uczynił, lecz pozwolił, by inni źle czynili.
Boli mnie twoja dola, przyjacielu, wstydzę się twoich błędów i lituję się nad nimi, i razem z tymże Brutusem «nie przyznaję żadnej wartości kunsztom, w których widzę twoją największą biegłość». Bo tak naprawdę cóż to daje, uczyć innych, cóż to daje, mówić ciągle najbardziej ozdobnymi słowami o męstwie, jeśli sam siebie nie słuchasz? O ileż byłoby lepiej, zwłaszcza filozofowi, spokojnie postarzeć się na wsi, «rozmyślając – jak sam gdzieś piszesz – o życiu wiecznym, a nie tym tu, tak znikomym». Nie mieć oznaki rózeg, nie łaknąć triumfów, nie natężać się przeciw żadnemu Katylinie. Ale to już wszystko daremne. Żegnaj na wieki, mój Cycero.
Petrarka (z Familiarium rerum libri; za Zygmuntem Kubiakiem Literatura Greków i Rzymian)

skomentuj (2)

Deformacja postaci 2010-01-24 16:35:07

Nie oddały dobrej usługi wiedzy historycznej meandry szkolnych programów nauczania. Kazimierz Wielki w pierwszych latach po wojnie był przykładem błędnej polityki zagranicznej. Rezygnacja z Pomorza i ze Śląska wystawiała mu złe świadectwo, jezcze gorsze ekspansja na Ruś Halicko-Włodzimierską. Częściową rehabilitację zapewniono mu po 1956 r., przy czym jego prawdziwy triumf pośmiertny — jako budowniczego drugiej Polski — miał miejsce w dekadzie lat siedemdziesiątych XX w. Oficjalna wykładnia podobnie jak różne poglądy polityczne dziś obecnie chyba zdeformowały nieco tę postać, próbując ją przystosować do swoich potrzeb.
Henryk Samsonowicz Dziedzictwo średniowiecza, Ossolineum 2009

skomentuj (2)

Jak dawniej liczono 2010-01-21 19:05:29

Uwaga, zadanie z treścią -- [Z]achowany fragment tabliczki YBC 4652, pochodzącej z okresu starobabilońskiego (1800-1600 lat p.n.e.) [...]

Znalazłem kamień, ale go nie zważyłem. Gdy przygotowałem ciężar sześciokrotnie większy, dodałem 2 giny, a następnie zwiększyłem jeszcze o jedną trzecią jednej siódmej pomnożonej przez 24, dokonałem pomiaru wagi. Uzyskałem wynik 1 ma-na. Jaki był początkowy ciężar kamienia?

1 ma-na jest równy 60 ginom.

[...] uzyskujemy odpowieź, że x
[PAK: ciężar kamienia]=4 1/3 gina.

To było proste, nawet jeśli sposób opisu zadania u współczesnego ucznia zapewne wywołałby serię pytań, typu: skąd wiemy, że przygotowano ciężar sześciokrotnie większy, skoro pierwszego nie zważono?*. Ale wróćmy do Babilończyków -- coś trudniejszego -- zadanie z tabliczki BM 13901:

Dodałem siedmiokrotność boku mojego kwadratu i jedenastokrotność jego obszaru, [uzyskując] 6;15

(Liczby 6;15 stanowią uproszczoną potać babilońskiej notacji sześćdziesiątkowej i oznaczają 6 plus 15/60, czyli we współczesnej notacji: 6 1/4). Wspomiane rozwiązanie wygląda następująco:

Zapisz 7 i 11. Pomnóż 6;15 przez 11, [uzyskując] 1,8;45. Podziel 7 na pół, [uzyskując] 3;30 i 3;30. Pomnóż, [uzyskując] 12;15. Dodaj [to] do 1,8;45 [uzyskując] wynik 1,21
[PAK: też z babilońskiego zapisu pozycyjnego = 1x60+21=81]. To jest kwadrat 9. Odejmij 3;30, które pomnożyłeś, od 9. Wynik 5;30. Owrotności 11 nie można znaleźć. Ale przez co muszę pomnożyć 11, żeby uzyskać 5;30? [Odpowiedź brzmi] 0;30, bok kwadratu jest równy 0;30.

Ian Stewart Oswajanie nieskończoności (Historia matematyki), tłum. Bogumił Bieniok i Ewa L. Łokas, Prószyński i S-ka, 2009

I kto chciałby się uczyć matematyki w Babilonie? Tymczasem ten mało zrozumiały opis określa babiloński sposób rozwiązywania równań kwadratowych. To po prostu inny sposób opisu metody z deltą, którą wszyscy znamy (znamy? no powiedzy...) ze szkół.

---
*) Na dniach 'realowy odpowiednik PAKa' (oczywiście, (C) Basia) pomagał przy przeprowadzaniu i ocenianiu kolokwium studentów ostatniego roku. By sprawdzić, czy aby prace sąsiadów nie są do siebie podobne, każdą z prac opisaliśmy kodem -- cyfry 0..6 oznaczały rzędy, a oznaczenia literowe miejsca w rzędach. Po kolokwium rozmawiamy sobie z kolegą:
-- A wiesz, 6A był jakiś taki zagubiony, wciąż się rozglądał.
-- Uhm, może niepotrzebnie zlekceważyłem to na początku, ale potem przy nim stałem i zerkałem -- rozwiązywali zadania na różnych stronach, więc ściągać nie mogli. A 6B... Może ADHD to on nie miał...
-- Ten, co to ciągle prosił by jakiś hint dać?!
-- No tak. Też się ciągle wiercił i oglądał.
-- A 3C taki smutny siedział... Ten w okularkach, kojarzysz?

No i tak sobie gawędziliśmy... Ale coś mi palce po klawiaturze za bardzo spieszą do dygresji, wywołanej myślą o skonfrotnowaniu tych studentów z zadaniem Babilończyków. Tymczasem ważniejszym doświadczeniem było dla mnie co innego -- spora część studentów ślicznie cytowała formułki z wykładów, jeśli jednak zadanie polegało bardziej na ogólnym rozumieniu zasad i wyciąganiu z nich logicznych wniosków, nawet nie próbowała go rozwiązywać... (Albo, co gorsza, także cytowała formułki, nie starając się nawet powiązać ich z pytaniem.) Tymczasem to ostatni rok i tego podejścia do wiedzy się już raczej nie wyprostuje...

skomentuj (2)

Jesteście szczęśliwi? 2010-01-19 18:41:01

Bhutańska koncepcja szczęścia narodowego brutto (SNB) opiera się na czterech filarach, które musza być inspiracją dla każdej polityki rządu. Te filary to: 1. Zrównoważony i sprawiedliwy rozwój społeczno-gospodarczy. 2. Ochrona i promocja kultury. 3. Ochrona środowiska naturalnego. 4. Dobre zarządzanie. Trzeba było przekształcić SNB z filozofii w system miar:
Jego bazę stanowi kwestionariusz z pytaniami, na które mają odpowiadać Bhutańczycy co dwa lata. 180 pytań podzielonych jest na dziewięć kategorii: 1. Dobre samopoczucie pod względem psychologicznym. 2. Wykorzystanie czasu. 3. Witalność społeczności. 4. Kultura. 5. Zdrowie. 6. Edukacja. 7. Zróżnicowanie środowiska naturalnego. 8. Poziom życia. 9. Rząd.
Oto niektóre pytania: "Jak by pan/pani opisał(a) swoje życie: a) bardzo stresujące, b) nieco stresujące, c) bezstresowe, d) nie wiem", "Czy ma pan/pani wiele nieprzespanych nocy z powodu zmartwień?", "Czy zauważył(a) pan/pani zmiany w ostatnim rocku w projektowaniu architektonicznym domów w Butanie?", "Jak niezależne są według pana/pani nasze sądy?", "Jak często spotykał(a) się pan/pani na polu towarzyskim z sąsiadami w ciągu ostatniego miesiąca?", "Czy odpowiada pan/pani tradycyjne bajki swoim dzieciom?".
[...]Jak określić zatem, kto jest szczęśliwy?
Szczęśliwa jest ta osoba, która osiągnęła poziom zadowolenia w każdej z dziewięciu kategorii (0).

Za Forum (nr 2/2010), które z kolei dopełnia tym fragmentem, opracowanym w oparciu o Humanismo y Conectividad artykuł Pablo Guimona pt. Królestwo, które zmierzyło szczęście (za El Pais).

Koncepcję łatwo krytykować, zresztą pierwsze co przyszło mi do głowy, to właśnie absurdalność pomysłu. Ale przecież można go potraktować również jako inspirację, by rozejrzeć się wokół.

skomentuj (8)

Drobiazgi 2010-01-16 20:08:40

Na blogu pojawiają się u mnie wciąż cytaty, ostatnio coraz częściej bez mojego komentarza. Tak wolę, ale z drugiej strony mam wrażenie, że blog staje się coraz bardziej bezosobowy… Wrażenie to tym bardziej mi doskwiera, że założyłem osobny blog na cytaty bez komentarzy. (Pozazdrościłem 3M rzecz jasna.) Co prawda, te na których najbardziej mi zależy i tak tu trafiają, ale… Ale postanowiłem wynotować parę „drobiazgów”, bardziej prywatnych.

Piszę tę notkę, zatrzymawszy film. Filmem jest Harakiri Masaaki Kobayashiego z 1962 roku. Zapowiada się fascynująco! Swoją drogą, film na płycie opisany jest jako Harakiri, ale już tłumaczenie w napisach tytułu jest Harakiri/Seppuku… Ciekawe, jak to jest w oryginale? To bynajmniej nie bez znaczenia, przynajmniej nie dla Japończyków. Jeśli tytuł brzmi Harakiri, stanowił by on nacisk na okrucieństwo samego czynu, Seppuku raczej na tradycję samurajską… Film zapowiada się fascynująco z dwóch powodów – raz, ukazuje część tradycji, która nie pasuje do potocznych wyobrażeń o dawnej Japonii; dwa – samurajski kostium skrywa treść psychologiczną, może wydumaną (z naszego punktu widzenia), ale przejmującą.

Ale dość o Harakiri, w końcu film muszę obejrzeć od końca! Oglądałem tez w ostatnich tygodniach dwa inne filmy Masaaki Kobayashiego – Bunt z 1967 i Kwaidan z 1964.

Bunt nosi pewne podobieństwa z Harakiri. W obu filmach ważne są zasady postępowania samurajów czasów szogunatu. W obu jednak chodzi nie o historię, a o psychologię. Bunt to opowieść o narodzinach osobowej godności samuraja Sasahary (gra go Toshiro Mifune), który przedtem był dość anonimowym i bezwolnym sługą księcia Matsudaira i… własnej żony. A zapalnikiem buntu jest jego synowa, traktowana przez ród Matsudaira jak przedmiot, którym można swobodnie dysponować, a która ma dość wewnętrznej siły, by się temu przeciwstawić i tchnąć odwagę w otaczających ją mężczyzn. Zresztą, co ja będę opowiadał – film ukazał się w ubiegłym roku w Polsce na DVD, jest więc dostępny dla wszystkich zainteresowanych. Jest i szermierka, i egzotyczne stroje, i honor, i poruszająca historia.

Kwaidan to zupełnie inna rzecz… Film reklamowany jest jako film grozy, choć bardziej przypominał mi cykl czterech poetyckich, egzotycznych baśni. Owszem, podtytuł Opowieści niesamowite jest trafny, ale raczej jako nawiązanie do Edgara Allana Poe, niż do Stephena Kinga, powiedzmy. Obszerne fragmenty Kwaidan można znaleźć w Internecie, choć nie wiem na ile one, wyrwane z kontekstu, będą czytelne. Spragnionych baśni również odsyłam do filmu, choć rekomenduję go z pewnym zastrzeżeniem – opowieść czwarta (W czarce herbaty) mnie rozczarowała, pierwsza (Czarnowłosa) i druga (Pani Śniegu) są nazbyt czytelne i przewidywalne (ale i tak dobrze się je ogląda – to film, którego siła tkwi w świetle i scenografii, a nie w zaskakiwaniu widza).

Swoją drogą, Kwaidan (jak i pozostałe dwa filmy) wydano w cyklu Azjamania, co w jego przypadku oznacza, że dołączono reklamówkę innych filmów tego cyklu – w większości rodem z Bollywood, który z Kwaidan zdaje się nie mieć nic wspólnego. (Albo weźmy inne porównanie – wydawcy Rashomona piszą, że wiele mu zawdzięcza Hero. Prawda, ale jakże różne są te filmy. I jak, mimo efektownych scen Hero, surowość Rashomona bardziej mnie pociąga. Dokąd zmierza to azjatyckie kino?)

***

Ale dość o filmach, które w gruncie rzeczy oglądam rzadko… A na dokładkę, których treści nie mogę zdradzać, bo popsuję przyjemność ewentualnym widzom spośród Czytelników. A jakby i tego było mało, to obecnie oglądam filmy z lat 60-tych, jestem więc dobre 40 lat zapóźniony. Kolejny ważny temat – komunikacja!

Ważny, bo dojeżdżam do pracy pociągiem. I krótko mówiąc nie jest dobrze… Zima, przynajmniej na Górnym Śląsku, jest dość przeciętna – owszem, śniegu może więcej niż rok i dwa lata temu, ale bez porównania cieplej i mniej śnieżnie w roku 2006. Mimo to PKP zanotowała największe problemy w mojej historii codziennych dojazdów, czyli niemal osiemnastu lat codziennych kontaktów. W poniedziałek w ogóle nie udało mi się dostać do pracy. We wtorek wydawało się, że skończy się na pociągu spóźnionym o godzinę, gdyby nie wypadek po przejechaniu paru kilometrów – ktoś wpadł pod pociąg. Wezwano policję i prokuraturę, a PKP wezwała pasażerów (którzy dotarli po torach na nieodległą stację) do korzystania z innych środków transportu. To wszystko, gdy radio wzywa do korzystania z… transportu publicznego. Jakby problemów z zimą (a raczej z brakiem rzutkości i rutynowych modernizacji na PKP) było za mało – w piątek ktoś próbował ukraść sieć trakcyjną… Opisy w mediach lokalnych sugerują, że byłby to niezły scenariusz filmu sensacyjnego. Z mojego prywatnego punktu widzenia oznaczało to opóźniania i odwołane pociągi – czyli wyzwalało adrenalinę równie dobrze jak sensacyjny film.

***

W grudniu pisałem o prelekcji przed koncertem, gdzie red. Anna Woźniakowska przesłodziła obraz Mozarta. Nawet do Mozartkugel tego nie dało się porównać. Ale, mimo zachęt, czy raczej zniechęt, nie zrezygnowałem ze słuchania wprowadzeń do koncertów. Tym bardziej, że zapowiedziano innego prelegenta – prof. Leona Markiewicza. I znowu było bardzo emocjonalnie, ale… tym razem nie miałem nic przeciwko temu. Otóż prof. Markiewicz mówił o XI Symfonii Rok 1905 Dymitra Szostakowicza. Opowiadał śpiewając pieśni (wiele z nich miało polską wersję, w której również były skierowane przeciw caratowi), wykorzystane przez Szostakowicza. Pieśni, śpiewane w domu przez rodziców prelegenta. W kluczowym momencie prof. Markiewicz również powołał się na tradycję rodzinną – otóż tego 9 stycznia, na Placu Pałacowym miał być jego ojciec (czy dziad? trudno mi ojca wpasować ze względu na wiek… mimo wszystko) i otrzymać ciosy od kozaków pacyfikujących manifestację, co po latach opowiadał własnym dzieciom.

I mogły padać wszelkie superlatywy pod adresem Szostakowicza – w tak osobistej opowieści nie przeszkadzały one zupełnie.

***

Życzę Wam udanego nowego tygodnia, a sam wracam do Harakiri.

skomentuj (7)

Księga Gości