Jako pełen ufności student zakładałem, że stale powtarzane twierdzenia
muszą mieć mocne oparcie w wyczerpujących danych. Później odkryłem, że
podręcznikowe dogmaty mają tendencję do samoutrwalania się.
Stephen Jay Gould Błędnie nazwany, niewłaściwie traktowany i nie
zrozumiany łoś irlandzki (w Niewczesny pogrzeb Darwina), tłum.
Nina Kancewicz-Hoffman, PIW 1991
Stąd też, moim zdaniem, głównym celem nauczania historii nie powinno
być przyswojenie jak największej liczby dat czy szczegółów z biografii
wybitnych postaci, ale wyrobienie krytycyzmu. Tym samym zaś i uodpornienie
na oddziaływanie współczesnej nam propagandy.
Janusz Tazbir Silva rerum historicarum, ISKRY 2002
Lucily I was educated by the BBC, when there was only the Light Programme and Radio 3, so you'd hear the 1812 Overture next to Kathy Kirby next to The Beatles -- so you got the feeling that music was ll one thing. Nowadays kids can listen to the same kind of thing all day -- blues, heavy metal, reggae, classical music. It's all separate, ghettoised and I'm not sure how healthy that is.
Sting, poproszony o wypowiedź dla Grammophone na ostatniej stronie (cykl My music), w numerze Award 2009.
Tłumaczę dla potrzebujących (choćby po to, by mieć jakiś własny wkład w tę notkę... bo jeśli chodzi o treść, to lubię zamknąć się w swojej niszy, ale nie wiem, na ile to jest zdrowe, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi młodych):
Szczęśliwie wychowałem się na BBC, gdy był tylko Light Programme i Radio 3, mogłeś więc słuchać Uwertury 1812 obok Kathy Kirby [i] obok Beatelsów -- miałeś więc poczucie, że muzyka jest jednością. Współcześnie dzieciaki mogą słuchać tej samej rzeczy cały dzień -- bluesa, heavy metalu, reggae, czy muzyki klasycznej. Wszystko jest odddzielne, zamknięte we własnym getcie i wcale nie jestem pewien, że jest to zdrowe.
Scholastycy uczyli, że każdy anioł stanowi odrębny gatunek, w następstwie tego nie można ich liczyć ani dodawać. Dusza myśląca o dwóch czy o tysiącu aniołów ma w rzeczywistości pojęcie tylko jednego.
Wiesław Szymona OP z przypisu do Duchowych pouczeń Mistrza Eckharta, W Drodze 2001
--
Dzisiaj cytat-pytanie -- myślę i myślę, i nie mogę zrozumieć, dlaczego tak uważano. To znaczy, że każdy anioł to osobna klasa (gatunek kojarzy się biologicznie) mogę zrozumieć, tak jak i to, że może to prowadzić do problemu ze zliczaniem. Ale skoro mamy wspólną nazwę, to znaczy uznajemy wspólną klasę -- w ramach wspólnej klasy zliczać można... I dlaczego istnieje pojęcie tylko jednego? Gdyby było przeciwnie -- anioły były liczne i nierozróżnialne w ramach klasy, byłoby to zrozumiałe (podobną sytuację mamy z nierozróżnialnymi atomami) -- ale byłyby zliczalne bez problemów. Więc o co chodzi?
Mozart is traditionally supposed to have composed in his head away from
the piano, but in a letter to his father he writes that he is unable to
compose at the moment since there is no piano available: "I am now going
off to hire a clavier, from until there is one in my room, I cannot live
in it, because I have so much to compose and not a minute to be lost
[August 1, 1781]". Shortly after Mozart's death, his biographer, Franz
Xavier Niemetschek, wrote about him that "he never touched the piano while
writing. When he received the libretto for a vocal composition, he went
about for some time, concentrating on it until his imagination was fired.
Then he proceeded to work out his ideas at the piano; and only then did he
sit down and write [...].". In this account we see the prejudice against
using the piano while composing, and yet an acknowledgment of its
fundamental utility.
Charles Rosen Piano notes. The Hidden World of the Pianist, Allen
Lane 2002
Tłumaczenie dla Torlina i zeena (a
mam tyle roboty poza blogiem...):
Tradycyjnie się przyjmuje, że Mozart komponował w swojej głowie, z dala
od fortepianu, ale w liście do ojca pisze on, że właśnie [w tej chwili]
nie może komponować, gdyż nie dysponuje fortepianem: "Wychodzę wynająć
fortepian, gdyż dotąd nie mając go u siebie w pokoju, nie mogę w nim
mieszkać, jako że mam tak wiele do skomponowania i nie mogę stracić ani
minuty [1 sierpnia 1781]". Wkrótce po śmierci Mozarta, jego biograf --
Franz Xavier Niemetschek, napisał o nim, że "nigdy nie dotykał fortepianu
podczas pisania. Gdy otrzymywał libretto dla dzieła wokalnego, wychodził
na jakiś czas koncentrując się, aż jego wyobraźnia się wypełniła. Wtedy
przechodził do pracy nad swoimi pomysłami przy fortepianie; a potem tylko
siadał i pisał [...]". W tym świadectwie widzimy uprzedzenia wobec
używania fortepianu przy komponowaniu, ale także przyznanie jego
podstawowej użyteczności.
Warszawa. Kontrolnie. Ot, czy syrenki nie ukradli jeszcze na złom. (Nie, nie ukradli.) Czy Złote Tarasy mają finansowanie. (Szeptem konfidencjonalnym: “Proszę pana! A to podobno własność jakiegoś bogatego nowojorskiego Żyda!”) Czy pociągi jeżdżą punktualnie. (Konduktor: “Bo na naszej kolei to tak jest, że nie informują wcześniej, że jest remont…”)
Najbardziej w pamięć mi zapadło nawet nie deszczowe Krakowskie Przedmieście, nie Jesienne pląsy (jak sama nazwa wskazuje — herbata), ale Zachęta.
Nie chodzi o wyjęte z magazynów dzieła (Siusiu w torcik), które czasem irytowały przeszłą aktualnością (a czasem zadziwiały wprost przeciwnie — aktualną bezczasowością).
Nie, nie wystawy same w sobie, choć dokumentacje Muzeum – performance taneczny Zorki Wollny (Spojrzenia 2009), gdzie pozornie normalny ruch zwiedzających stawał się tańcem, była inspirująca.
W pamięć zapadła mi atmosfera przechadzania się wśród wideoinstalacji, wyciemnionych pokoikach, z ciężkimi zasłonami przy wejściu, a czasem jeszcze systemem ciemnych korytarzy. Nieco duszne powietrze zamkniętej sali, mrok i wolne kroki niemal wyłącznie młodych ludzi, może bardziej snujących się, niż chodzących (a tym bardziej tańczących, choć kto wie?) wśród czarnych ścian i zasłon.
Energia kinetyczna wzrasta w niektórych przypadkach jak długość
podniesiona do piątej potęgi. Jeżeli dziecko o wzroście równym połowie
naszego wzrostu upadnie, jego głowa uderzy o ziemię energią równą nie
połowie, ale 1/32 części naszej energii przy identycznym upadku. Dziecko
bardziej chronią jego rozmiary niż "miękka" głowa. W zamian my, dorośli,
chronieni jesteśmy przed fizyczną siłą jego napadów wściekłości, ponieważ
dziecko może uderzć nas z energią równą nie połowie, ale 1/32 naszej
energii. Od dawna odczuwałem wyjątkową sympatię dla biednych karłów
cierpiących pod batem okrutnego Alberyka w Złocie Renu Wagnera. Przy
swoich miniaturowych rozmiarach nie miały one szans wydobycia oskardami
cennych mineraów, których żądał Alberyk, pomimo nieustannie powracającego
leitmotivu towarzyszącego ich próżnemu, choć ciężkiemu wysiłkowi*.
---
*) Już po napisaniu tego tekstu przyjaciel zwrócił mi uwagę, że Alberyk,
sam niewielkich rozmiarów, wywijałby batem z siłą stanowiącą zaledwie
ułamek naszych możliwości, więc, być może, jego podwładnym nei wiodło się
aż tak źle (przyp. aut.).
Stephen Jay Gould Wielkość i kształt (w Niewczesny pogrzeb
Darwina), tłum. Nina Kancewicz-Hoffman, PIW 1991
PS.
W notce interesuje mnie samo podejście do opery, zresztą zupełnie zrozumiałe. Sam kiedyś liczyłem minimalne przyspieszenie Puka wg opisów Szekspira. Takie zainteresowanie postrzeganiem opery jest tak oczywiste, że (moim zdaniem) nie wymaga komentarzy. Zdałem sobie jednak sprawę, że Gould jest dla mnie niezupełnie zrozumiały. Łatwo dociec, o co chodzi z piątą potęgą w przypadku energii kinetycznej, ale dlaczego dotyczyłaby ona też siły? Czy dlatego, że typowe obciążenie mięśni będzie z nią związane? Mam tu wątpliwości...
Czy nie wystarczy spojrzeć na tę datę [PAK: 1328], żeby jego dzieło
odłożyć na półkę? W czym dla nas może być mistrzem ten przedstawiciel
schyłkowego średniowiecza, epoki tak odległej, a w dodatku -- za sprawą
zwłaszcza propagandy oświecenia -- nie cieszącej się najlepszą opinią? W
naukach ścisłch twierdzenia raz udowodnione zwykle nie dezaktualizują się,
nawet po tysiącach lat. Ale poznanie, które dają szeroko rozumiane nauki
humanistyczne?... Tutaj obowiązują inne prawa. Liczą się gusty i potrzeby
epoki, mentalność, prądy kulturowe.
Wiesław Szymona OP, ze Wstępu do Pouczeń duchowych Mistrza
Eckharta, W Drodze, 2001
---
Aby na pewno? Kto dzisiaj czyta traktat naukowy z czternastego wieku? W jakim wydaje się go nakładzie?
Oczywiście, prawidłowo wysnute wnioski pozostają w pewnym sensie słuszne, choć późniejsze odkrycia zawężają znaczenie osiągnięć, sprowadzają je do przypadków szczególnych.
I jeszcze jedno -- nauka ścisła sprzed tysiąca lat? Znam tylko jedną, matematykę, a i to specyficzną. Zmienność to nie tylko kwestia mody i propagandy, to także ciągłe poszukiwanie.
"Pracujących braci, wykonujących niestrudzenie pracę fizyczną, lecz nie
wykazujacych chęci do lektury, miłował mniej i nie uważał za godnych
najwyższej czci. Jeżeli jednak ktoś miłował wiedzę, nawet jeżeli był tak
bezsilny, że nie mógł pracować rękoma, był jemu (Fulgencjuszowi)
szczególnie miły i drogi." "Jakiś powiew intelektualizmu i dekadencji --
komentuje ten szczegół Walter Berschin -- daje się odczuć na tym
emigracyjno-sardyńskim wariantem życia zakonnego. Było ono jednak bez
wątpienia pierwszej rangi rozsadnikiem życia kulturalnego."
Jerzy Strzelczyk Wandale i ich afrykańskie państwo, PIW 2005
(wydanie II?)
1. Wygodnie tak pisać książki. Albo blogi! (Biję się już w piersi!) Ale to wyjątek w pracy Jerzego
Strzelczyka.
2. Co do samego Fulgencjusza... Cóż, niechęć do lektury trudno mi cenić i
popierać... Co nie znaczy, że nie mam poczucia, że zaczyna się coś
niedobrego.
3. A gdzie tu dekadencja? Że się czytać nie chce? Czy też może, że dzieli
się społeczność na czytających i pracujących?
Płacz i lament
wśród pomników.
Nikt nie kocha
nieboszczyków.
Nikt nie kocha,
nikt nie szlocha,
że już zmarli,
to wynocha!
Przemysław Borkowski Lament
A kto kocha Wandali? Tych pisanych z dużą literą, którzy mieli pecha nie zostawić swojej wersji historii, przez co widzimy jedynie ich portret namalowany przez ich wrogów? (Przez co później, w czasach Rewolucji Francuskiej, stali się źródłem imienia dla wandali przez małe ‘w’.)
Kro kocha Wandali? Tych, którzy dodawali nam chlubnej przeszłości, by zaleczyć kompleksy późnego wkroczenia na scenę dziejów, dopóki nie zastąpili ich Sarmaci?
Kto kocha Wandali? Tych, którzy dali imię ‘naszej’ Wandzie (przez łańcuch nieporozumień, ale i pamięć o ich długotrwałym zamieszkiwaniu na ‘naszych’ ziemiach)?
Dzisiaj więc na blogu, ‘wirtualna świeczka’ dla Wandali.
—
Jerzy Strzelczyk Wandale i ich afrykańskie państwo, PIW 2005 (chyba drugie wydanie, bądź dodruk, oryginał z 1993, co częściowo tłumaczy mniej śmiałą, niż można się spodziewać po współczesnych opracowaniach, identyfikację Wandali z kulturą przeworską).